Nieznany raj, Andora

Kiedy pierwszy raz wyruszyliśmy w miesięczną podróż po Europie, gdzieś przy dużym zbliżeniu mapy mignęła mi Andora. Dorobek podróżniczy miałam poniżej średniej i jedyne z czym skojarzyła mi się ta nazwa to angorskie króliki z których robiło się swetry. Blisko ale to jednak nie to. Na zdjęciach w Google wyglądało nieźle, no to mówię

„Jedziem tam”

Za pierwszym razem w Andorze spędziliśmy 4 dni i robiliśmy 3 podejścia na 1 szlak.
Podejście pierwsze – po gapieniu się przez 6 godzin w okno i deszcz spływający po pirenejskich szczytach, zerwałam się spod koca, założyłam swoje adidasy pokryte siatką, bluzę i dziurawą pelerynę przeciwdeszczową którą wepchnęła mi do plecaka mama, zapewne na taki właśnie moment. Wyposażenie mieliśmy letnie bo w takich warunkach spędziliśmy ostatnie kilka tygodni.
Żwawym krokiem udałam się w kierunku szlaku a po jakichś 300 metrach przestało mieć znaczenie czy idę boso czy w butach bo woda chlapała wszędzie. Wróciłam pod koc.
Podejście drugie – kolejnego dnia znowu gapiłam się w okno, tym razem jednak góry zaczynał przykrywać śnieżny puszek, ale… Dwie godziny przed zachodem pojawiło się słońce. Z ogromnym uśmiechem udało mi się dotrzeć do końca drogi a początku szlaku, był to też moment w którym musiałam wracać bo zaczynało się ściemniać.
Podejście trzecie – Wielka szansa, okienko pogodowe, wyciągnęłam Tomasza i poszliśmy zdobywać szczyty. Tym razem zaczęły gonić nas krowy. Krowy którym nic nie było z szczelin między głazami gdzie ja ledwo co się mieściłam, nie przeszkadzały im większe i mniejsze kamyki między raciczkami. Za to ja natychmiastowo zamieniłam się w górską kozicę i biegłam tak szybko, że na moment to nawet zapomniałam że byłam tu jeszcze z kimś.
I tyle widziałam z tej Andory a jednak to wystarczyło. Po powrocie sprzedałam rodzicom taką reklamę że uzyskałam miano przewodnika naszej rodziny i to z cennymi poradami, np jak przeżyć spotkanie z krową.

IMG_5176

VALL D’INCLES

Vall d’ Incles to najszersza dolina polodowcowa w Andorze. Dla mnie najpiękniejsza, może nie tylko przez urodę ale i sentyment bo to pierwsze miejsce które zobaczyłam i właśnie tam pogoniły mnie górskie krowy.
Przez dolinę prowadzi wąska asfaltowa droga, długa na 4 kilometry. Jest cisza, jest spokój, dookoła kwitną białe narcyzy prosto z herbu Andory i podziwiać możecie typową zabudowę dla tego miejsca, nawet buda dla psa jest z kamienia.

IMG_5408

IMG_5390

44719257225_ea96246952_o

IMG_5409

44719709075_3b94cd6813_o

ESTANYS DE JUCLAR

Na końcu doliny rozpoczyna się szlak na największe jezioro w andorskich Pirenejach. Nie wybierajcie drogi przez atrapę mostu, jest ona zarośnięta i właśnie tam pasą się krowy. Tuż obok jest szeroka, kamienista droga która poprowadzi Was do rozległej polany z miejscem do biwaku i dalszymi wskazówkami dotyczącymi szlaku.

IMG_5434

IMG_5417

IMG_5716

Przeszkody rozpoczęły się na wyższej wysokości bo o ile na dole już wiosna to na górze jeszcze zima. Warstwy śniegu zalegające w górach są ogromne i mokre przez co bardzo trudno jest je pokonać bez dodatkowego sprzętu. Delikatniejsza część naszej wycieczki została na kamyku modląc się o brak zainteresowania ze strony okolicznych niedźwiedzi a my z tatą wyruszyliśmy na jazdę dupskiem po zeszłorocznym śniegu.
Wysiłek został wynagrodzony, zziębnięte nosy wylizał nam psiak mieszkający w schronisku tuż za skałką. Brawo my.

44719743385_f8b9f770ea_o

IMG_5506

IMG_5536

IMG_5534

ESTANY PRIMER

Nie powiem Wam nic o tym jeziorze poza tym, że na mapie wyglądało na małe. Tym razem warunki pogodowe nas pokonały. Przez długi czas człapaliśmy asfaltową drogą, mijając przedziwną rzeźbę która miała być czymś jak portal do podróży między dwoma miejscami. Odkąd opuściliśmy nocleg siąpił deszcz a przez mgłę nie widziałam prawie własnych butów.
Szlak w kierunku jeziora rozpoczynał się opodal ośrodka narciarskiego, niestety setki mniejszych i większych strumyczków powstałych na wskutek topniejącego śniegu i mgła w zestawie zmusiły nas do zrezygnowania. Ciężkie to było po pokonaniu 10 kilometrów, zwłaszcza gdy cel znajduje się tuż pod nosem, ale w górach tak trzeba.

IMG_5234

IMG_5239

IMG_5251

IMG_5269

IMG_5270

VALL DE SORTENY

Jedna z najpopularniejszych tras w całej Andorze którą zobaczycie w ulotkach i na przeróżnych stronach.
Jest mały ogród botaniczny gdzie można zapoznać się z przykładami flory alpejskiej. Są parkingi, ładne szlaki, tablice informacyjne i wycieczki szkolne.
Naszym celem było Estany de l’Estanyo i cel osiągnęliśmy. Fajne miejsce na lekką wędrówkę kiedy w nogach masz już zakwasy z 5 poprzednich dni.

IMG_5591

IMG_5665

IMG_5588

IMG_5670

IMG_5652

REFUGI DE COMA PEDROSA

Tuż przed siódmą rano zaczęliśmy wdrapywać się już na szlak, słońce zaczynało powoli wychylać się zza drzew a z ust wylatywały nam małe kłębki pary. Znając możliwości wszystkich nas zgromadzonych, warunki w górach z którymi zdążyliśmy się zapoznać po kilku dniach łazęgi i godzinę meczu Polski na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej jako punkt docelowy obraliśmy schronisko na drodze do najwyższego szczytu andorskich gór.
Szlak jest dobrze oznaczony, nie jest wybitnie trudny choć do pokonania jest około 800 metrów przewyższenia więc można się zasapać.
Właściwie dopiero tu po tygodniu szwendania się po mniej i bardziej popularnych drogach spotykamy górskich turystów z którymi witamy się dźwięcznym „Hola”.
Schronisko wtapia się w otoczenie, ktoś na rozgrzanym kamieniu piecze sobie kiełbaskę a my kupujemy kawę z kostką cukru. Mama wypija dwie bo nawet wysokość 2260m nie przekonuje mnie do picia takich specjałów. I pamiętajcie zdjąć buty przed wejściem do środka!
Tuż obok znajduje się Estany de les Truites gdzie można posiedzieć i pogapić się przejrzyście czystą wodę. Ja uratowałam tam też pszczołę przed utonięciem. Pszczoły są ważne.
Widok grani Coma Pedrosa kusi ale już zaraz mecz i tata musi…

IMG_5760

IMG_5781

IMG_5752

IMG_5765

Nie zdobyliśmy wielu szczytów, nie mieliśmy idealnych warunków pogodowych, nie wszystko szło zgodnie z planem.
Daliśmy z siebie wszystko, po dwóch dniach przy próbie wstania z łóżka uginały się pod nami nogi, spędziliśmy 10 dni na wspieraniu i szanowaniu wzajemnych możliwości i potrzeb. Nauczyliśmy się jak zjeżdżać po 3 metrowej warstwie śniegu i jak odwrócić się plecami do celu kiedy kierowała nami pokora do gór.
Andora to kraj czysty, zadbany i nieskażony masową turystyką. I mimo mikroskopijnych rozmiarów z mnóstwem miejsc do których na pewno będę chciała wrócić.


Jak i kiedy jechać?

W malutkim księstwie Andory wciśniętym między Hiszpanię a Francję nie istnieje komunikacja lotnicza ani kolejowa. Opcje dostania się do stolicy są dwie.
1. Dojazd z lotniska w Barcelonie małym i komfortowym andorskim busikiem, firmy AndBus lub hiszpańskim przewoźnikiem ALSA.
2. Dojazd z Lotniska w Tuluzie na pokładzie AndBus. Przygotujcie się jednak na to, że bilet często kosztuje tyle co przelot samolotem.
Ja polecam opcję numer dwa ze względu na ładniejsze widoki podczas pokonywania kilometrów ze strony francuskiej.

W Andorze byłam we wrześniu kiedy to przez 4 dni naszego pobytu na przemian padał deszcz ze śniegiem i w czerwcu kiedy świeciło słońce, ale wiele szlaków było niedostępnych ze względu na zalegający śnieg. Myślę, że najlepsze miesiące do odwiedzenia andorskich Pirenejów to lipiec i sierpień.


Gdzie spać i jak się poruszać?

To zależy.
1. Jeśli będziecie poruszać się komunikacją miejską(mapka) proponuję wybrać stolicę – Andorra La Vella, wszystkie główne linie mają tam swoje przystanki. Bilety zaczynają się od 2 euro a kończą przy 5. Niezależnie czy opuścicie autobus po dwóch przystankach czy piętnastu płacicie tę samą kwotę. Każda linia posiada indywidualną cenę biletu i opłacacie przejazd za całą trasę.
2. Jeśli macie do dyspozycji samochód lub zależy Wam bardziej na widokach z okna sypialni niż oszczędności wybierzcie nocleg wszędzie poza stolicą. Ja ukochałam sobie miejscowość Soldeu która mieści się tuż przy wejściu na moim zdaniem najpiękniejszy szlak Andory, ale księstwo ma ich ponad 60 więc czego nie wybierzecie jakiś szlak i tak będzie pod nosem.

CZERWIEC 2018
error:
error: