Amsterdam, może kiedyś

Amsterdam wydawał mi się genialnym pomysłem na spędzenie urodzin Tomasza. Genialne pomysły mają to do siebie, że szybko przeradzają się w te przeciętne, a tego chciałam uniknąć. Idealnie się złożyło, bo na jednej ze stron znalazłam promocję na transfery z Eindhoven do stolicy Holandii. Nic tylko brać. I tak zrobiłam. Polecam jednak najpierw rozeznać się wśród dostępnych noclegów w miejscu do którego się wybierasz. Ja tego nie zrobiłam. I nie pomogło tu Airbnb, żadna wyszukiwarka hoteli, nawet możliwość noclegu na polu kempingowym. Amsterdam góruje na listach najdroższych miast Europy. Po wielu godzinach złości i rozczarowania odkryłam nieznaną mi do tej pory stronę na której zarezerwowałam mały pokoik z widokiem na autostradę.

Ja, Tomasz, Dagmara i Konrad (którzy dołączyli do nas gdzieś między brakiem noclegu, a nadzieją na to, że nie będziemy spać na lotnisku) na zmianę sprawdzaliśmy odległość dzielącą nas od Amsterdamu. Przy ostatnich kilometrach wszyscy siedzieliśmy z nosami przyklejonymi do szyby. Mijając ostatni zakręt czekałam na to ogromne WOW, które będę czuć gdy ujrzę to miasto. Autobus zatrzymał się na przystanku.
WOW jak nie było tak nie ma.

Gdy pierwszy raz postawiłam stopę na jednym z amsterdamskich chodników uderzył we mnie dźwięk setek dzwonków rowerowych, gwar i unoszący się zewsząd zapach słynnego specyfiku. Przejście na drugą stronę chodnika, który dzieliła ścieżka rowerowa zajęło nam dłuższą chwilę. Napomknę tylko, że w całym Amsterdamie rowerów jest więcej niż jego mieszkańców, a ludź na rowerze ma pierwszeństwo przed ludziem bez roweru i tym w samochodzie.

W głowie miałam mnie i Tomasza trzymających się za łapkę, spacerujących wzdłuż pustych kanałów, po pełnych kwiatów mostach, a gdzieś w tle brzdękał sobie pojedynczy dzwonek roweru.
Sceneria ta sama, a jednak nieco inna.

Każdorazowo przed wycieczką przygotowuję plan zwiedzania. Tym razem kończył on się na punkcie w jakim mamy opuścić tramwaj jadący na przedmieścia.

Często mam problem z mylącymi się cyframi. Dzięki tej wspaniałej przypadłości, nieistniejącego numeru tramwaju szukaliśmy ponad 10 minut. Ja, cały czas z zamkniętą kartką w ręką (przecież jestem w stanie zapamiętać jeden numerek). W końcu ktoś sfrustrowany postanowił wziąć kartkę w swoje ręce. Mnie frustracja została już do końca wyjazdu. Za którą moich towarzyszy przepraszam. I to nie tak, że przekreśliłam Amsterdam, codziennie dawałam mu szansę.

Jedliśmy holenderskie frytki, byliśmy w dzielnicy czerwonych latarni, odwiedziliśmy jedyny na świecie pływający targ kwiatów. Na targu wszystkiego też byliśmy. Piliśmy pochodzące stąd piwo, ale poza domem, bo w domu mieszkaliśmy z rygorystyczną właścicielką. Po prostu się jej baliśmy. Odwiedziliśmy więcej coffeshopów niż jakichkolwiek -shopów (po prostu mało zaglądaliśmy do sklepów). Każde z nas choć raz zostało prawie rozjechane przez rower. Widzieliśmy ludzi pływających w kanałach. Trochę się dziwiliśmy, a trochę zachwycaliśmy.

Wracając kilka linijek w górę. Zdjęć nie będzie. Jak wyżej wspominałam humor, który towarzyszył mi przez większą część wyjazdu nie należał do najprzyjemniejszych. A jak jestem zła to i niemoc twórcza mnie ogarnia. Tomasz w dzień swoich urodzin zrobił mi prezent i wybraliśmy się do Hortus Botanicus (wie co lubię!). Hortus Botanicus to najstarszy na świecie ogród botaniczny. Tam poczułam się nieco lepiej, bo cicho, bo przestrzeń, bo zielono.

26180306489_820451c19d_o

37924895552_7aa06f8233_o

37246555964_209540dff1_o

26180247889_93b9b2725c_o

26180285239_80249b2a12_o

37955705861_4dc25d1761_o

37955705121_ccf033c9b1_o

Ułamek dnia spędziliśmy w Eindhoven. Miasto nieporównywalne do Amsterdamu i nie mam tu na myśli jego nowoczesnej architektury. Panowała tam wszechobecna cisza i spokój.

24104644858_2f1d463528_o

WRZESIEŃ 2017
error:
error: